Po wczorajszych widokach na US 395, wydawało się, że nic już nie jest w stanie nas bardziej zachwycić. A jednak – życie (i amerykańskie drogi) mają to do siebie, że zawsze znajdzie się kolejna niespodzianka za zakrętem. Nasza podróż na południe, z Bishop w kierunku pustyni, była jak przechodzenie między światami. Z bajkowej zimy w surową, bezlitosną dzikość.
I oto jest. Death Valley – Dolina Śmierci. Samo to brzmienie budzi respekt. Najgorętsze miejsce na Ziemi, gdzie latem temperatury dochodzą do 56°C. Na szczęście my trafiliśmy na bardziej „przyjazną” wersję tej piekielnej krainy, ale surowość tego miejsca była odczuwalna w każdej sekundzie.
To nie tylko krajobraz jak z innej planety – to także poligon dla najlepszych pilotów myśliwców na świecie. W Dolinie Śmierci znajduje się słynny Star Wars Canyon (znany również jako Jedi Transition), gdzie amerykańskie wojsko trenuje manewry nisko nad ziemią. Wyobraźcie sobie F-18 przelatujące tuż nad waszymi głowami, między skałami – dokładnie tak jak w filmach! Dziś nie mieliśmy szczęścia zobaczyć tego na własne oczy, ale sama świadomość, że jesteśmy w miejscu, gdzie piloci ćwiczą ekstremalne akrobacje, robiła wrażenie.
Zanim wjechaliśmy w samo serce Doliny Śmierci, odwiedziliśmy Rhyolite – jedno z najsłynniejszych miast-widm na Dzikim Zachodzie. Sto lat temu tętniło tu życie, ludzie przyjeżdżali w pogoni za złotem, powstały banki, saloony, a nawet opera! Dziś zostały tylko ruiny i wrażenie, jakbyśmy wpadli na plan postapokaliptycznego filmu. Cisza, pustka, wiatr hulający między budynkami i… dziwne instalacje artystyczne. Jak wielka biała postać ducha otulona szatą, która patrzy na przybyszy. Klimat totalnie odrealniony.
Pierwszy prawdziwy szok wizualny Death Valley. Zabriskie Point wygląda jak krajobraz z kosmosu. Falujące wzgórza w odcieniach złota, beżu i brązu, poprzecinane głębokimi wąwozami. Wszystko to przypomina marsjańską powierzchnię, tylko tu i ówdzie można zobaczyć ludzi na grzbietach tych surrealistycznych formacji, którzy sami wydają się być kosmicznymi odkrywcami.
Najniższy punkt Ameryki Północnej – 86 metrów poniżej poziomu morza. Ogromna, biała pustynia soli, tak nierealna, że można by pomyśleć, że to śnieg. Gorące powietrze unosiło się nad solnym płaskowyżem, a my spacerowaliśmy po tej dziwnej, spękanej powierzchni, zastanawiając się, jakim cudem cokolwiek tu przeżywa.
Następnie czekała nas jazda w kierunku punktu widokowego, by zobaczyć jedno z najbardziej niezwykłych zjawisk natury. Zachód słońca nad Death Valley to czysta magia. Niebo płonęło czerwienią, pomarańczem i fioletem, a skały wokół nas odbijały te kolory, tworząc prawdziwie apokaliptyczny spektakl.
A potem… dwugodzinna jazda w totalnej ciemności. Wzdłuż wyschniętego dna dawnego morza, bez żadnych świateł, bez śladu innych ludzi. Absolutna pustka, którą dało się niemal usłyszeć. Byliśmy tam tylko my i niekończąca się noc.
Death Valley – miejsce, które budzi respekt i zostaje w pamięci na zawsze.