Matira Beach to esencja raju. Najsłynniejsza plaża Bora Bora i jedyna publiczna, ale gdy tu jesteśmy, ma się wrażenie, jakbyśmy mieli ją na wyłączność. Drobny jak puder biały piasek, ciepłe, płytkie laguny rozciągające się aż po horyzont i palmy pochylające się leniwie w stronę wody – miejsce, gdzie natura pokazała swoje najpiękniejsze oblicze.
Niebo nad nami to bezkresny błękit, przetykany jedynie drobnymi, puszystymi chmurami. Słońce grzeje, ale ocean daje ukojenie – wystarczy zanurzyć się w tej turkusowej wodzie, która jest tak przejrzysta, że można liczyć ziarenka piasku na dnie.
I wiecie co? Da się tutaj absolutnie NIC nie robić.
Po prostu leżymy. Na piasku, w cieniu palmy, w wodzie, na leżaku – gdziekolwiek. Po raz pierwszy od dawna nie planujemy, nie pędzimy, nie zastanawiamy się, co dalej. Bora Bora wymusza na nas zwolnienie tempa. W Matira nie istnieje pojęcie „muszę”. Nie musimy nic. Możemy patrzeć na błękitną lagunę, na odległe sylwetki nadwodnych bungalowów, na górujący w oddali szczyt Otemanu, który wygląda jak strzegący wyspy olbrzym. Możemy liczyć, ile odcieni turkusu ma ocean, ale po chwili przestajemy, bo jest ich nieskończoność.
Z czasem odkrywamy, że w Matira plaża ma swój własny rytm. Rano jest cicha, niemal pusta – tylko kilka osób przechadza się brzegiem, zostawiając ślady na wilgotnym piasku. W południe leniwie zaczynają pojawiać się spacerowicze, nieliczni pływacy, ktoś nurkuje w poszukiwaniu kolorowych rybek, które bez strachu podpływają blisko brzegu. A później – zachód słońca.
Złoto, pomarańcz, róż, fiolet – niebo zmienia się jak w kalejdoskopie, a my po prostu siedzimy i patrzymy, jak słońce chowa się za horyzontem, zanurzając lagunę w odcieniach ognia. Chmury nabierają fantazyjnych kształtów, odbijając się w wodzie, a my mamy wrażenie, że siedzimy w środku najpiękniejszego obrazu, jaki kiedykolwiek widzieliśmy.
Nic nie robimy. Po prostu jesteśmy. I to jest najpiękniejsze.