Musicie to sobie wyobrazić. Jeszcze trzy dni temu żar lał się z nieba, powietrze stało w miejscu, a cień był naszym najlepszym przyjacielem. Człowiekowi było za gorąco nawet w klapkach, a tu… bum! Witaj, zimowa Ameryko!
Po tygodniach słońca, plaż i lazurowych lagun znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. South Lake Tahoe – miejsce, gdzie natura robi pokaz siły, a krajobrazy wyglądają jak żywcem wyjęte z pocztówek. To nie jest tylko kolejne zimowe miasteczko – to prawdziwa perła na granicy Kalifornii i Nevady.
Trafiliśmy w idealne okienko pogodowe. Słońce świeci, niebo jest błękitne, a wokół nas ośnieżone szczyty, które zdają się mówić: „No i co? Myśleliście, że już po zimie?” Rześkie powietrze wciąga się głęboko do płuc, a każdy oddech przypomina, że zima ma w sobie coś magicznego.
Wszystko tu wygląda jak z katalogu najlepszych zimowych kurortów: wysokie, majestatyczne drzewa oblepione śniegiem, drewniane domki z dymem unoszącym się z kominków, a na ulicach eleganckie SUV-y z przypiętymi nartami na dachach. Ludzie w puchowych kurtkach i futrzanych czapkach, z kubkami gorącej czekolady w dłoniach. I my – wciąż z tropikalnym opalenizną, próbujący przyzwyczaić się do faktu, że teraz zamiast kremu z filtrem potrzebujemy rękawiczek.
South Lake Tahoe to nie tylko śnieżne krajobrazy, ale też jezioro, które wygląda jak magiczne lustro odbijające otaczające je góry. Jego powierzchnia mieni się w słońcu, a my nie możemy się nadziwić, jak można połączyć górskie widoki z tak niesamowitą wodą. Chciałoby się wskoczyć do środka… gdyby tylko temperatura nie sugerowała czegoś zupełnie innego.
Nie jesteśmy tu na narty, ale i tak chłoniemy tę zimową atmosferę. Krótkie spacery po śniegu (bo nie oszukujmy się – nadal nie mamy odpowiednich butów), ciepłe herbaty z widokiem na jezioro i totalna zmiana klimatu sprawiają, że mamy wrażenie, jakbyśmy przenieśli się do innej rzeczywistości.
Gdy zaczynaliśmy naszą podróż, nie przypuszczaliśmy, że w ciągu kilku dni przejdziemy z upałów tropikalnej Polinezji do rześkiego powietrza gór Sierra Nevada. Jeszcze tydzień temu naszym największym problemem było to, czy krem przeciwsłoneczny ma wystarczająco wysoki filtr.
I choć przez chwilę myśleliśmy, że na dobre pożegnaliśmy zimę, okazuje się, że ona nie powiedziała nam jeszcze „do widzenia”. Ale wiecie co? To dobrze! Bo podróżowanie to właśnie takie momenty – gdy jednego dnia pluskasz się w lagunie, a kilka dni później wciągasz powietrze pełne górskiego mrozu i zastanawiasz się, jak to możliwe, że świat jest tak różnorodny i piękny.
Teraz tylko pytanie – co dalej? Bo coś czujemy, że ta przygoda dopiero się rozkręca…