Moglibyśmy jeszcze przez wiele dni opowiadać o odcieniach błękitu, które otaczają Bora Bora, ale tym razem mamy dla Was coś innego. Bo nawet w raju zdarzają się niespodzianki.
Po pięciu dniach pełnych magii mieliśmy udać się na Maupiti – malutką wyspę na zachód od Bora Bora. Miejsce tak kameralne, że sprawia wrażenie zupełnie odciętego od świata. Maupiti to kwintesencja Polinezji – brak luksusowych resortów, brak tłumów, tylko natura w najczystszej postaci, piękne laguny i niesamowite klify w tle. Plan był prosty: jeszcze więcej błękitów, jeszcze więcej ciszy i jeszcze więcej rajskich krajobrazów.
Ale nawet raj ma swoje kaprysy…
Żywioły powiedziały: NIE!
Nagle przyszło załamanie pogody – ulewa tak intensywna, że laguny zamieniły się w jeden wielki wodospad, a wiatr dosłownie urywał głowy. Promy na Maupiti odwołane, loty skasowane. W porcie na Bora Bora można było zobaczyć, jak siła natury przejmuje kontrolę – palmy wyginały się pod porywami wiatru, a ocean falował tak, jakby chciał pokazać, kto tu rządzi.
Ale nie z nami te numery! Plan A się nie udał? Czas na PLAN B!
Błyskawiczna zmiana biletów i lecimy na Tahiti, prosto do Papeete! Miasto to zupełnie inna bajka niż rajskie wyspy – tutaj życie tętni na ulicach, kultura Polinezji miesza się z francuskim klimatem, a nawet w deszczu można znaleźć coś do odkrycia.
Akcja, ewakuacja – Bora Bora zostaje za nami, ale my dalej w grze! Czas na nowe przygody!