Jak już wspomnieliśmy – w mieście zawsze jest co robić, nawet jeśli pogoda bawi się z nami w „pada – nie pada”. Tylko że jak już pada, to człowiek czuje się, jakby ktoś postawił go pod gigantycznym prysznicem na pełnym ciśnieniu. Dlatego nasza strategia eksploracji Papeete? Ruch konika szachowego! Kilka kroków do przodu, szybki unik pod najbliższym zadaszeniem, sprint między kroplami i znów pod dachem!
Papeete, stolica Tahiti, to fascynująca mieszanka polinezyjskiego luzu i francuskiego szyku. To nie tylko miasto portowe, ale też miejsce, gdzie tradycja miesza się z nowoczesnością. Wystarczy przejść się jego ulicami, by dostrzec kolorowe budynki, lokalne stragany i poczuć zapach egzotycznych kwiatów. Nasz szlak zaczęliśmy od Place Vai'ete – serca miasta, gdzie wieczorami królują słynne roulottes – food trucki serwujące świeże ryby i lokalne przysmaki.
Pā'ōfa'i Gardens to nasza kolejna przystań – oaza zieleni i kwiatów, gdzie można na chwilę zapomnieć, że jest się w stolicy. Kiedy deszcz znowu postanowił nas zaskoczyć, schroniliśmy się w Katedrze Notre-Dame de Papeete, skromnej, ale urokliwej świątyni z XIX wieku, pełnej polinezyjskich akcentów. Tuż obok zobaczyliśmy Présidence de la Polynésie française, czyli siedzibę lokalnego rządu, oraz Monument aux Morts pour la France, upamiętniający żołnierzy z Polinezji, którzy walczyli dla Francji.
Ale najlepsze przyszło później… Musée de la Perle Robert Wan! Tahiti to królestwo czarnych pereł, a muzeum poświęcone temu skarbowi to obowiązkowy punkt programu. Tu dowiedzieliśmy się, że czarne perły Tahiti są jednymi z najrzadszych na świecie – odcienie od głębokiej czerni po srebro, fiolet i zieleń sprawiają, że każda jest unikatowa. Proces ich hodowli to prawdziwa sztuka – trwa kilka lat, a każda perła przechodzi surową selekcję, zanim trafi do jubilerskich arcydzieł.
A skoro już wiedzieliśmy, jak powstają, to oczywiście następny przystanek: Marché de Papeete! Targ, który tętni życiem od wczesnych godzin porannych, to istny raj dla miłośników lokalnych pamiątek, rękodzieła, a przede wszystkim – pereł! Można tu znaleźć je w każdej postaci – od drobnych kolczyków po naszyjniki warte fortunę. A ponieważ bez pamiątki się nie obejdzie, to… no cóż, z Papeete wyjeżdżamy bogatsi o kilka pereł (i trochę lżejsi w portfelu!).
Jeden dzień, a tyle wrażeń! I pomyśleć, że zaczęło się od ulewy.