Route 66
Po emocjach związanych z Highway 395 byliśmy pewni, że nic już nas nie zaskoczy. A potem… wjechaliśmy na legendarne Route 66. I wszystko stało się jasne – tu nie chodzi o zaskoczenie, tylko o spełnianie marzeń.
"Get your kicks on Route 66" – kto z Was nie zna tej piosenki? My znamy, śpiewaliśmy ją na pełny regulator, choć nasze zdolności wokalne zapewne spowodowały, że kojoty i węże uciekły w popłochu.
Nasza podróż zaczęła się w uroczym Williams, miasteczku, które wygląda jak żywcem wyciągnięte z lat 50. Neonowe szyldy, klasyczne knajpy, oldschoolowe samochody zaparkowane przed motelikami… Można się poczuć jak bohater starego filmu drogi.
A potem? Wjechaliśmy na asfalt, który widział więcej przygód niż niejeden podróżnik. Route 66 to nie tylko droga, to symbol. To historia Ameryki w pigułce – od czasów Wielkiego Kryzysu, gdy tysiące ludzi uciekało nią na zachód w poszukiwaniu lepszego życia, po złote lata motoryzacji, gdy każdy marzył o podróży wielką limuzyną przez serce Stanów.
Mijamy opustoszałe stacje benzynowe, stare motele z neonami, bary, w których czas się zatrzymał. Zatrzymujemy się w Seligman, czyli kolebce odrodzenia Route 66. To tutaj, w latach 80., lokalni mieszkańcy postanowili ocalić legendarną trasę przed zapomnieniem. I dzięki nim, dziś możemy przechadzać się między oldschoolowymi dinerami, sklepami z pamiątkami i samochodami, które wyglądają jak postacie z filmu „Auta”.
Jazda tą drogą to jak podróż w czasie. Stare, wyschnięte billboardy reklamujące „najlepsze burgery w Arizonie”, opuszczone drive-iny, fragmenty oryginalnego, popękanego asfaltu, który pamięta jeszcze czasy świetności tej trasy.
Czy to najlepsza droga w USA? Być może nie najszybsza, nie najbardziej widowiskowa… ale bez wątpienia najbardziej klimatyczna. Bo Route 66 to nie tylko droga – to stan umysłu.