Route 66 to droga, która wciąga jak dobra książka – zaczynasz ją czytać i nagle okazuje się, że jesteś już na setnej stronie, nie mając pojęcia, jak to się stało. Tak samo było z nami. Z każdym kolejnym kilometrem coś kazało nam jechać dalej. W końcu dotarliśmy do Barstow, skąd Los Angeles było już na wyciągnięcie ręki. Ale czy mogliśmy tak po prostu jechać prosto do miasta aniołów, kiedy na wyciągnięcie ręki czekała pustynia Mojave? Oczywiście, że nie!
Ruszyliśmy w stronę piasków, zostawiając za sobą cywilizację. Na pustyni Mojave nie ma miejsca na przypadkowe przystanki – jest tylko Ty, niekończąca się przestrzeń i kurz, który momentalnie dostaje się wszędzie. Podobno to właśnie tutaj narodził się gest dotykania kapelusza na powitanie – zanim człowiek zdążył powiedzieć „Hi”, miał już usta pełne piasku, więc szybki ruch ręką musiał wystarczyć.
Jazda po pustyni to coś więcej niż tylko krajobrazy. To uczucie totalnej wolności. Widzieliśmy wyschnięte koryta rzek, wyludnione miasta widma i samotne drogi ciągnące się po horyzont. Cisza była wręcz namacalna – aż do momentu, gdy wjechaliśmy do Joshua Tree National Park.
Nazwaliśmy je drzewem-widmem, bo początkowo myśleliśmy, że to jedno wyjątkowe, majestatyczne drzewo, które dumnie stoi pośrodku pustyni. Rzeczywistość? Joshua Tree to cała armia niesamowitych roślin, które wyglądają jakby były dziełem szalonego artysty. Krzywe, powyginane, nieregularne, ale jednocześnie hipnotyzujące.
Park narodowy, który je otacza, to raj dla tych, którzy kochają wspinaczkę, wędrówki i… kosmiczne krajobrazy. Gigantyczne formacje skalne, surrealistyczne kaktusy i totalny brak zasięgu – dokładnie to, czego potrzebowaliśmy po dniach spędzonych na drodze.
Spędziliśmy kolejną dobę na odludziu, ale czuliśmy, że czas to zmienić. Pustynia dała nam przestrzeń i spokój, ale teraz pora wrócić do zgiełku, świateł i cywilizacji. Kierunek? Los Angeles! Czas na coś zupełnie innego…